poniedziałek, 28 czerwca 2010

Wakacje, huraaaaa!!!!



No i są świadectwa, jest promocja do II klasy, wakacje!!!!!!



Nasza brama wjazdowa zapraszająca w gościnne progi Konika Polnego"



Nasze przyjazne rumaki



Nasz dom, który zaprasza niestety przekwitłym już teraz jaśminem w swoje gościnne progi



Rozpoczęło się uzależnianie naszych koni przez obozowiczów min od czekoladowych kulek zbożowych

Każde chyba dziecko po dostaniu świadectwa wydaje z siebie taki, albo podobny okrzyk jak w tytule posta. No więc nareszcie wakacje 2010 rozpoczęły się. Miałam szalony pomysł, aby w "noc świętojańską" sprosić panny ze wsi i rzucać wianki na wodę, ale w natłoku spraw w tym roku mi się to nie udało, a między innymi stało się to przez wakacje, bo pochłonęły nas przygotowania.
W naszych gościnnych progach pojawili się uczestnicy pierwszego obozu jeździeckiego. W związku z tym z domownikami mam 15 "gęb" do wyżywienia i trzy jazdy konne w ciągu dnia do przeprowadzenia. Siedzę głównie w kuchni, albo na padoku i tak będzie do 30 sierpnia...
Zdaje się, że w związku z tym trochę zaniedbam bloga, ale kiedy tylko będę miała chwilkę, to na pewno coś napiszę.

czwartek, 24 czerwca 2010

Sianokosy, a u nas zbiór sianokiszonki



Urokliwe, dymiące łąki po deszczu u naszych sąsiadów



Druga część łąki "położona"



Pusta łąka po zbiorach. Pierwsze krople deszczu spadły, kedy ostatnia biała kula stanęła w rzędzie...



Nasze zbiory sianokiszonki - 102 kule!



Niedokoszone przez ciągnik fragmenty Tomek wykasza kosą. Ordonka i Ognista - karmiące matki na pewno się ucieszą, dostaną wieczorną zielonkę do boksów.

W tym roku aura nas nie rozpieszcza. Jeżeli chodzi o sianokosy w zeszłym roku było to samo i w związku z tym od tego czasu robimy sianokiszonkę w dużych białych kulach. Zamierzaliśmy robić ją już dawno, ale w Polsce nie ma tradycji karmienia nią koni. Zdecydowaliśmy się na to po artykułach w prasie na ten temat i po konsultacjach z hodowcami, którzy już tę paszę koniom podają. Rezultaty są bardzo dobre. konie po zimie wyglądają o wiele lepiej niż po sianie. Zwierzęta jedzą ją ze smakiem, nie ma strat takich jak w przypadku np przesuszonego siana, czyli wykruszanie się nasion i kruszenie się liści. Zbiór sianokiszonki jest o wiele łatwiejszy niż siana. Trawa nie musi być wysuszona na pieprz. Jednego dnia kosi się ją, drugiego dnia przewraca, a trzeciego zgrabia w wałki i prasuje, po czym owija się na owijarce folią. Dwa ostatnie lata to "mordęga sianowa". Ludzie po prostu łapią siano, wyrywają je kapryśnej pogodzie z deszczowych łap. Niejednokrotnie trzeba okapiać i rozrzucać je wielokrotnie. Sianokiszonka w takich warunkach jest dla nas jedynym rozwiązaniem, bo w przeciwnym razie siano z różnymi rezultatami zbieralibyśmy po kawałku przez całe wakacje. Dzięki sianokiszonce z naszej 5-hektarowej łąki nasze konie są zabezpieczone w pasze na całą jesień, zimę i wiosnę.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Obrazki, które radość w mą duszę wlewają...



Schludna stajenka w gospodarstwie pana Lemiecha



Maszyna i wóz konny w gospodarstwie pana Lemiecha. Podwórze lśniło czystości, ani jednej słomki ni śmiecia!




Pan Fedorczyk i jego ukochana "Łosza"

Kiedy jeżdżę po powiecie węgrowskim i mińskim opisując konie do paszportów zazwyczaj wchodzę na podwórza, gdzie stoi mnóstwo sprzętów i maszyn rolniczych, a nie rzadko kilka ciągników. Źrebię do którego jestem wezwana stoi z matką gdzieś z boku w oborze. Praktycznie nie zdarza się aby koń był jedynym i podstawowym zwierzęciem w gospodarstwie. Odkąd z pól wyparły go traktory, rolnicy jeżeli utrzymują, to zazwyczaj jedynie jedną klacz, która ma za zadanie urodzić jedno źrebię w roku. Źrebię jest sprzedawane przeważnie jako odsadek na mięso i stanowi dość łatwy zarobek średnio ok 2.500 zł. Mówię łatwy, bo przeważnie źrebięta przychodzą na świat w gospodarstwach wiejskich na wiosnę. W maju z klaczami wychodzą na pastwisko, nie wymagają żadnej opieki, są przy matce, piją jej mleko, jedzą trawę na pastwisku i to wszystko. Co bardziej zapobiegliwi sypią źrebakom owies w oddzielne żłóbki i aby klacz nie wyjadała paszy małym podczas jedzenia wiążą je.

Dlatego też serce mi rośnie kiedy odwiedzam hodowców, u których konie w dalszym ciągu pracują: wożą drzewo z lasu, redlą ziemniaki, przewracają siano, czy wloką pola po siewie.

Nigdy nie zapomnę pewnego starszego pana w Zagrodnikach, który czekał na mój przyjazd już od rana. To było wielkie wydarzenie dla tego hodowcy. Mógł się pochwalić swoją długo wyczekiwaną karą klaczką. Starszy pan był ubrany w długie buty, masztalerskie spodnie, a na głowie miał furażerkę. Boks klaczy i źrebięcia był wysprzątany i wyścielony grubą warstwą słomy. Klacz spokojnie chrupała zieloniutkie sianko. Podwórko było wysprzątane, wszystko poukładane. Szczotka i zgrzebło wisiały na kołku obok boksu. Kiedy pochwaliłam źrebię - stary hodowca promieniał ze szczęścia!

Dzisiaj odwiedziłam kilka gospodarstw, w którym drgnęło mi serce z radości. Jedno u pana Lemiecha w Podmyszadłach, a drugie u pana Fedorczyka w Matałach. W pierwszym gospodarstwie dominował ład i porządek, widać w nim było jak wielką rolę dogrywa tu koń. W drugim starsza już klacz była przygotowana do wyjazdu po drzewo do lasu. Gościłam tam mniej więcej pół godziny, a klacz cierpliwie czekała i nie drgnęła w zaprzęgu ani o milimetr! Załączam zdjęcia.

czwartek, 17 czerwca 2010

Wycieczka z Liwa



W oczekiwaniu na przejażdżki



Aniela dała pokaz skoków przez przeszkody. Zebrały z Ordonką wielkie brawa.



Przy ognisku

Któregoś dnia zadzwoniła do mnie pani Monika Rybak - kierownik Gminnej Biblioteki Publicznej z Liwa z pytaniem czy mojego spotkania autorskiego nie można by zrobić w naszej stadninie. Wydawało mi się to świetnym pomysłem, bo książka jest o pasji, a moje życie tu w Żarnówce , nasza stadnina to właśnie moja pasja. Spotkania autorskie z młodzieżą robię zawsze pod hasłem "Rola pasji w życiu człowieka" więc zgodziłam się natychmiast.
Dwa autokary zajechały dziś do nas, a z nich wysypały się dzieci z Liwa, Starej Wsi i Wyszkowa k/Węgrowa.
Pogoda nam dopisała, po rozmowie z dziećmi odbyły się przejażdżki konne. Konie dzielnie oprowadzała Ola i Aniela ze swoimi znajomymi Patrycją i Robertem. Następnie ognisko z kiełbaskami. W trakcie "ogniskowania" pani Monika podała wyniki konkursu na temat "Moja pasja". Nagrodami były książeczki mojego autorstwa.
Wizyta u nas wszystkim się podobała i wiele osób zapowiedziało rychły powrót. Najbardziej zadowolona była chyba Żółta, która zjadła mnóstwo kiełbasek, a teraz leży do góry brzuchem i chrapie...

wtorek, 15 czerwca 2010

Burza



Zbierająca się burza nad żarnowieckimi polami

Pierwsza pamiętna burza z mojego dzieciństwa była w ukochanym przeze mnie Kaleniu, w gospodarstwie cioci Gieni i wujeczka Władka. Tego miejsca bliskiego mojemu sercu nie zapomnę do końca życia. Nie zapomnę również wesołego śpiewu i usposobienia wujka oraz jego pioseneczki "Czterdzieści kasztanów tu stoi podrząd i nie chcą ruszyć się stąd". Nie zapomnę troski cioci, która przynosiła mi wieczorem do łóżka ciepłe mleczko z pianką, prosto od krowy w blaszanym, emaliowanym, białym kubeczku i mówiła "Wypij Ewuniu, to dobre na sen".

Wracając do burzy. Wujek był stolarzem i cieślą, nieraz wyjeżdżał i nie było go parę dni, bo robił gdzieś, komuś jakiś dach.Tego dnia siostry ciotecznej - Ewy również nie było. Gospodarzyłyśmy z ciocią we dwie. Miałam chyba wtedy z 11 lat. W nocy obudził nas straszny huk, a domem zatrzęsło. Wskoczyłam cioci do łóżka i tak przeleżałyśmy do rana. Kiedy tylko się rozwidniło odważyłyśmy się wyjść na podwórze... Okazało się, że piorun strzelił w piorunochron, a drewniany słup, do którego był on umocowany przewrócił się na dom! Z dachem o dziwo nic się nie stało, a ciocia mówiła, że to cud od Boga, że drewniany słup się nie zapalił...
Druga burza była również w Kaleniu. Było to w tych dawnych czasach, kiedy to gospodarze kosili zborze kosiarkami konnymi. Snopki podbierało się sierpem i wiązało je powrósłami zrobionymi ze słomy. Kiedy przychodziło do młócki, niektóre snopki były tak związane, że trudno je było rozwiązać, a to z tej prostej przyczyny, że były wiązane przeze mnie, a ja jako osoba leworęczna motałam w drugą stronę. Wujeczek choć wesoły był "piorunem kulistym" i wściekał się na mnie za to odwrotne motanie, bo były przestoje w pracy młocarni...

Zbliżała się burza. Pole było już sprzątnięte. O ile pamiętam, było to pole jęczmienia. Został do zwiezienia tylko targan. Młodym ludziom wyjaśnię, że targan to zgrabione z pola resztki słomy po zwiezieniu plonów. Trzeba było kilkakrotnie przejść po polu wlokąc za sobą specjalne, duże grabie, które oczyszczały pole do ostatniego kłoska zboża. Wtedy gospodarz uznawał, że pole jest sprzątnięte prawidłowo. No więc został tylko ten targan. Moja cioteczna siostra była na weselu i pełniła tam ważną funkcję druhny swojej przyjaciółki Gabrysi.

Po targan pojechałam ja i wujeczek. Wujeczek ładował, a ja układałam, a burza coraz bliżej. Wujeczek coraz bardziej nabuzowany, bo burza tuż, a sąsiedzi radzą sobie lepiej i wóz targanem już załadowali. My nie gorsi! Wujek hop na wóz, pognał kasztankę -Tamizę i rozpoczął się wyścig z burzą i sąsiadami. Pędzimy równoległymi dróżkami, zakręt i nagle leżę na ziemi przywalona słomą! Sąsiedzi w śmiech, ja w galop do domu z krzykiem "Ciociu , ratunku!", a wujeczek za mną z krzykiem: "przeładowała na jedną stronę, gadzina jedna". Ciocia przybiegła na ratunek, pomogła raz dwa załadować wóz i w ostatniej chwili z pierwszymi kroplami deszczu wpadliśmy do stodoły. Wujkowi się wtedy od cioci oberwało, że stary , a głupi i z sąsiadami się ściga, a gdyby wolno jechał, to wóz by się nie przewrócił, a najgorsze to to, że dziecko na niebezpieczeństwo naraża. Wujkowi wściekłość już minęła i już oczkiem do mnie mruga i śpiewa swoje pioseneczki, i jak tu na takiego się gniewać...

Trzecia burza była już tu w Żarnówce kilka lat temu. Było skwarne lato, mieliśmy tabun małych dziewczynek na obozie jeździeckim, które spały pod strzechą, nad stajnią.

W nocy obudził mnie ból żołądka. Idę do łazienki, nie ma światła. Zaczyna padać deszcz, błyska się coraz bardziej. Podjęłam decyzje, że idę po dzieciaki i przyprowadzę je do domu. Wyglądam przez okno, a tu pioruny latają w poprzek nieba i są okrągłe jak kule, a między tymi piorunami lata banda małych dziewczynek w białych koszulach nocnych,z rozwianymi włosami i w wysokich butach jeździeckich z okrzykiem na ustach "U sąsiadów się pali!!!"

Spacyfikowałam pacholęta i pędzę do sąsiadów mając cały czas nadzieję, że Ola i Tomeczek nie pobudzili się i nie płaczą.Po drodze najeżonej poziomymi piorunami spotkałam wóz strażacki z Leśnogóry. Strażacy powiedzieli, że woda im się skończyła, a hydranty są nieczynne, bo prądu nie ma i koniecznie chcą brać wodę z naszego stawu. Nie zdążyłam ich zawrócić, bo dojazd do naszego stawu w ulewy jest niemożliwy i wóz ugrzązł w błocie. Jedna jednostka wyeliminowana z gaszenia pożaru! Na szczęście woda była potrzebna tylko na wszelki wypadek, gdyby zgliszcza rozżarzły się ponownie. Samochód z błota wyciągał sąsiad z Ogródka, największym wtedy ciągnikiem w okolicy. Na pamiątkę pozostały nam olbrzymie koleiny na łące. U sąsiadów spaliła się na szczęście tylko mała stodółka, ale niestety ze wszystkim co tam było w środku…Przyczyna pożaru był właśnie taki dziwny piorun, który strzelił w drzewo. Zapalone drzewo upadło na stodołę. Sąsiedzi do dziś mówią, że to cud, iż nie spaliły się pozostałe zabudowania.

Wspomnienia o pamiętnych burzach wywołały się w moich myślach w związku z tragicznymi powodziami, które nawiedziły ostatnio nasz kraj. W 1997 roku w Kotlinie Kłodzkiej powódź doświadczyła siostrę mojego ojca i jej rodzinę. W tym roku nikt z mojej bliższej i dalszej rodziny nie ucierpiał. Współczuję powodzianom i apeluję do wszystkich o pomoc dla poszkodowanych.

piątek, 11 czerwca 2010

Obchody 25-lecia Samorządu Terytorialnego w Grębkowie


Poczty sztandarowe


Pokaz tańca - Ola na końcu w pierwszym rzędzie



To jest fotografia rekonstrukcji naszej ekspozycji na wystawie. Zrobiłam ją w domu, bo na wystawie w szkole nie zdążyłam.


Stół biesiadny - szwedzki stół. Jedna z pań mówiła mi, że to przepiękne złote przyozdobienie stołu szyła całą noc!!!! Podziwiam!!!!!

W środę 9.06 hucznie obchodziliśmy w Grębkowie 25-lecie Samorządu terytorialnego. Uroczysta msza w kościele, pięć pocztów sztandarowych: szkół i OSP. Następnie przemarsz do szkoły gdzie odbyła się część artystyczna i poczęstunek dla gości - degustacja "szwedzki stół". Wszystko odbyło się w piękną pogodę i wypadło bez zarzutu. My udzielaliśmy się jako aktorzy - występ Oli w grupie tanecznej, jako Stadnina Koni "Konik Polny" - ekspozycja stadniny na wystawie i jako Stowarzyszenie Rozwoju Wioski Mazowieckiej w Żarnówce - atrakcja szwedzkiego stołu: białe sery, masło i masło czosnkowe, wszystko to przystrojone moim ukochanym lubczykiem. Niestety ze względu na wysoką temperaturę sfermentował serek topiny z kminkiem - pyszka, że palce lizać (oczywiście jak nie jest sfermentowany ha,ha, ha!!!). Panie organizatorki w porę to zauważyły i usunęły go dyskretnie, co by jakiś ważny gość nie skrzywił się spróbowawszy tego cuda...

czwartek, 10 czerwca 2010

Letnie obozy jeździeckie w naszej stadninie



Letnie klimaty - upał, że aż Żółtą namówiliśmy do wejścia do stawu



Letnie klimaty - upał, że Żółta pada z nóg!



Letnie klimaty - Oszin i Orinoko zaspakajają pragnienie, upał chyba ze 40 stopni!!!



Obozowe klimaty - Ola i Tomek nie mogą doczekać się letnich obozów i zgrai dzieciaków - towarzyszy do baraszkowania w stawie.

Ogłaszam terminy obozów jeździeckich:

1. 27.06 - 10.07 cena 1.000 zł
2. 11.07 - 24.07 cena 1.000 zł
3. 25.07 - 07.08 cena 1.000 zł
4. 08.08 - 21.08 cena 1.000 zł

Są jeszcze miejsca na 2 i 3 turnus!!!!!!!!!

Informacje o obozach w poście z dnia 16.06.2009

22.08 - V Aukcja Koni Małopolskich w stadninie Konik Polny oraz III Zawody w Skokach

23.08 - 27.08 - przygotowanie do dwudniowych zawodów w Stajni Kasztan w Mlęcinie

28.08 - 29.08 - zawody w ujeżdzeniu i w skokach przez przeszkody w Mlęcinie