Kilka dni temu wpadła do mnie ekipa trzech przemiłych, młodych kobiet z sąsiedztwa. Cechą charakterystyczną łączącą je do kupy jest miłość do koni, a dwie z nich takowe nawet na stanie mają :)
Jako, że kobitki więcej niż naście lat już mają również wyobraźnia ich i doświadczenia mają więcej niż tych latek przysłowiowych naście.
Jazda odbywała się na padoku, kobity konie moje ino z obrazka i z opowiadań znały, więc nic dziwnego iż ich doświadczenie ( które jak wspomniałam więcej iż naście latek ma) podpowiadać im poczęło, że na końskim grzbiecie ostrożnie i z rezerwą poczynać sobie należy.
Kobyły natychmiast tą obawę i rezerwę wyczuły i dwie z trzech kumpeli moich, galopem po padoku nosić poczęły ( dodam, że dziewczyny całkiem nie źle konno jeżdżą). Musiałam Pizadorki i Pożogi osobiście dosiąść i rumakom onym przetłumaczyć, że grzecznie niewiasty na swoim grzbiecie nosić mają. Kobyły nauki zrozumiały i jazda do końca bez ekscesów się odbyła :)
Morał z tej opowiastki taki, że dziecię o małych umiejętnościach łatwiej z chabetą sobie poradzi mając na względzie zaufanie do niej i do instruktora, a wyobraźni i doświadczenia niewiele, niźli persona dorosła, za którą doświadczenie i przebyte przygody stoją, która podświadomości swojej okiełznać w stanie nie jest, a obawy na chabety przenosi :p
Miło było niemożebnie, pod lipą herbatkę obaliłyśmy, ciastka zjadłyśmy, a na koniec kulębiałąz sianokiszonką pod stajnię przyturlałyśmy , amen :)
Kasiu, Jolu, Paulinko dziękuję za tak miłe w waszym towarzystwie spędzone przedpołudnie :)
Pożoga pod Kasią i Pizadora pod Jolą już po "rozmowie" ze mną - grzeczne i wyrozumiałe :)
Pożoga już w momencie kiedy odpuszczać zaczęła co nie chwaląc się jam ją do tego skłoniła :p
Paulinka z Oszinką kłopotów nie miała :)
poniedziałek, 17 marca 2014
sobota, 15 marca 2014
Cudowny teren z Kasią :)
Kasia nie była u nas baaardzo dawno, a to od czasu kiedy mąż na 20 rocznicę ślubu kupił jej u nas Ossamę :) Ossama był pierwszym synem Ordonki, który zdobył serce Kasi, Mariusza i ich synów. Kasię i Mariusza znam od dawna. Są moimi przyjaciółmi ze studiów :)
Mój cień i łepetyna Ordonki się załapała :)
Minęło wiele lat zanim udało mi się namówić Kasię na przełamanie choć na moment kieratu dnia codziennego i na przyjazd do mnie.
Kasia zdążyła ostatnim rzutem na taśmę, bo pogoda wczoraj do cudnych się zaliczała i w tereniku na dwóch naszych "ciężarówkach"było spokojnie, miło i pięknie :))))
Dzisiaj zawierucha paskudna i deszcz z niebios siąpi. Cóż pozostaje mi wspominać piękny , wczorajszy dzień i żyć nadzieją, że jutro przyjdzie prawdziwa wiosna i zagości u nas na dłużej :)
Po ostatnim mam nadzieję kawałku zimy Żółta pomyka :p
Mój cień i łepetyna Ordonki się załapała :)
Minęło wiele lat zanim udało mi się namówić Kasię na przełamanie choć na moment kieratu dnia codziennego i na przyjazd do mnie.
Kasia zdążyła ostatnim rzutem na taśmę, bo pogoda wczoraj do cudnych się zaliczała i w tereniku na dwóch naszych "ciężarówkach"było spokojnie, miło i pięknie :))))
Dzisiaj zawierucha paskudna i deszcz z niebios siąpi. Cóż pozostaje mi wspominać piękny , wczorajszy dzień i żyć nadzieją, że jutro przyjdzie prawdziwa wiosna i zagości u nas na dłużej :)
Po ostatnim mam nadzieję kawałku zimy Żółta pomyka :p
wtorek, 11 marca 2014
Po co grusza na miedzy ?
Przysłowiowa gruszka na miedzy, o którą sprzeczka niejedna, nawet w literaturze pięknej, uwieczniona była od wielu dni zaprząta mi myśli.
Po co kiedyś ludzie sadzili grusze czy jabłonki na miedzach ? Odpowiedź jest bardzo prosta: to z tej przyczyny co by podczas odpoczynku w pracach polowych, czy też spożywania posiłków cień i osłonę od wiatru gospodarzom dawała. Dlaczego nie lipa, klon czy dąb, a to dlatego co by soczystym owocem pracującym i dzieciakom służyła :)
Kiedy sprowadziliśmy się do naszego miejsca na Ziemi prawie już 15 lat temu, takich "grusz" na żarnowieckich polach było więcej. W dobie ciągników i kombajnów nie pełniły już swojej roli, ale dla zwierzyny wszelakiej ( zwłaszcza gdy wokół również grupka krzaczków rosła) schronieniem służyły.
Niestety ten malowniczy krajobraz z pojedynczymi drzewami na rozległych polach z roku na rok staje się uboższy o swoje "ostańce", a to z prostej przyczyny...
Drzewo mianowicie musi omijać kosiarka do trawy, czy kombajn, wszelkie prace w polu wykonywane przez maszyny stają się przez to mniej płynne. "Gruszka na miedzy" stała się po prostu zawalidrogą :( Toteż gospodarze pozbywają się ich niestety. W zeszłym roku poległa kolejna, oj żal duszę ściska, bo wyglądała cudownie ! :(
Jeszcze kilka drzewek widać na żarnowieckich polach, wśród których i nasza ałycza rośnie dając miejsce do odsapnięcia miejscowemu myszołowowi Bąbelkowi ( jak go Tomek we wczesnym dzieciństwie nazwał) i grupka drzewek bliżej głównej drogi, które pasącym się krowom latem swego cienia użyczają...ale co przyszłość przyniesie nie wiadomo. My z pewnością mirabelki nie wyrżniemy :)
Ostatnio poległe drzewo na jednej z miedz na żarnowieckich polach :(
Po co kiedyś ludzie sadzili grusze czy jabłonki na miedzach ? Odpowiedź jest bardzo prosta: to z tej przyczyny co by podczas odpoczynku w pracach polowych, czy też spożywania posiłków cień i osłonę od wiatru gospodarzom dawała. Dlaczego nie lipa, klon czy dąb, a to dlatego co by soczystym owocem pracującym i dzieciakom służyła :)
Kiedy sprowadziliśmy się do naszego miejsca na Ziemi prawie już 15 lat temu, takich "grusz" na żarnowieckich polach było więcej. W dobie ciągników i kombajnów nie pełniły już swojej roli, ale dla zwierzyny wszelakiej ( zwłaszcza gdy wokół również grupka krzaczków rosła) schronieniem służyły.
Niestety ten malowniczy krajobraz z pojedynczymi drzewami na rozległych polach z roku na rok staje się uboższy o swoje "ostańce", a to z prostej przyczyny...
Drzewo mianowicie musi omijać kosiarka do trawy, czy kombajn, wszelkie prace w polu wykonywane przez maszyny stają się przez to mniej płynne. "Gruszka na miedzy" stała się po prostu zawalidrogą :( Toteż gospodarze pozbywają się ich niestety. W zeszłym roku poległa kolejna, oj żal duszę ściska, bo wyglądała cudownie ! :(
Jeszcze kilka drzewek widać na żarnowieckich polach, wśród których i nasza ałycza rośnie dając miejsce do odsapnięcia miejscowemu myszołowowi Bąbelkowi ( jak go Tomek we wczesnym dzieciństwie nazwał) i grupka drzewek bliżej głównej drogi, które pasącym się krowom latem swego cienia użyczają...ale co przyszłość przyniesie nie wiadomo. My z pewnością mirabelki nie wyrżniemy :)
Ostatnio poległe drzewo na jednej z miedz na żarnowieckich polach :(
poniedziałek, 10 marca 2014
Pośka w terenie luzem jak źrebaczek pomyka :P
Wczoraj były w domu moje Fitdevangelki i uskuteczniły sobie sesję zdjęciową w pięknych, naszych krajobrazach, no i na konikach oczywiście też :)
Na jeździe była Madzia, która jest wielką fanką Ordonki od lat. Poprosiła mnie co bym po jeździe ruszyła z nią w terenik na parominutowego stępika :)
Dziewczyny, które zdjęcia miały na Posyłce chciały ją do stajni odprowadzić, ale Pośka, jako że bez kantara była, postanowiła z nami w teren ruszyć.
Początkowo nawet się ucieszyłam, a niech tam staruszka sobie w terenie suchą trawkę podje, ale kiedy Pośka hopsztosy poczęła wyczyniać i cwały uskuteczniać, trochę mi się lampka zapaliła, no bo przecież Magda jeszcze nie galopuje, a ja - starsza pani na oklep :P Ordonka jeszcze w miarę spokojnie ( o dziwo ) się zachowywała, ale Pizadorka swoje przytupy i podskoki rozpoczęła chętna by do Pośki w tany dołączyć :P
Całym majestatem swojego autorytetu jednakowoż do porządku ją przywołałam i bez strat w ludziach do domu powróciłyśmy :))))
Na jeździe była Madzia, która jest wielką fanką Ordonki od lat. Poprosiła mnie co bym po jeździe ruszyła z nią w terenik na parominutowego stępika :)
Dziewczyny, które zdjęcia miały na Posyłce chciały ją do stajni odprowadzić, ale Pośka, jako że bez kantara była, postanowiła z nami w teren ruszyć.
Początkowo nawet się ucieszyłam, a niech tam staruszka sobie w terenie suchą trawkę podje, ale kiedy Pośka hopsztosy poczęła wyczyniać i cwały uskuteczniać, trochę mi się lampka zapaliła, no bo przecież Magda jeszcze nie galopuje, a ja - starsza pani na oklep :P Ordonka jeszcze w miarę spokojnie ( o dziwo ) się zachowywała, ale Pizadorka swoje przytupy i podskoki rozpoczęła chętna by do Pośki w tany dołączyć :P
Całym majestatem swojego autorytetu jednakowoż do porządku ją przywołałam i bez strat w ludziach do domu powróciłyśmy :))))
środa, 5 marca 2014
Konkurs z okazji 8 marca :)))))
Z Ewą Bagłaj znamy się od 2004 roku kiedy to zadzwoniła i przedstawiła się jako dziewczyna z Terespola,która chce napisać artykuł o nas czyli o Koniku Polnym na zlecenie Konia Polskiego. Ewę odebrałam z dworca PKS w Kałuszynie. Okazała się być przemiłą, piękną jasnowłosą dziewczyną, która kocha swoje rodzinne Podlasie no i oczywiście konie. Od razu się polubiłyśmy i kiedy Ewa wydała swoją pierwszą książkę, zaprosiliśmy ją na naszą coroczną Aukcję Koni Małopolskich aby promowała swoje dzieło :)
Promocja się udała, Ewa sprzedała wtedy wszystkie, zabrane ze sobą książki.
Niedawno dogadałyśmy się z Ewą w sprawie współpracy promocyjnej związanej z naszymi książkami i na fb stronie Stefki ogłosiłyśmy konkurs, oto jego treść:
Postanowiłyśmy z Ewą ogłosić konkurs, a to dlatego, że 8 marca za pasem i okazja jest co by KOBIETY choć trochę wynagrodzić :))))
Podaję więc pytanka konkursowe
1. Jak ma na imię koniara - bohaterka książek Ewy Bagłaj
2. Jaki tytuł nosi pierwsza książka Ewy Bagłaj o przygodach miłośniczki koni
3. Jak się nazywa stajnia, w której jeździ konno Stefcia z książeczek Ewy Szadyn
4. Jak ma na imię koń Stefci
ODPOWIEDZI PROSZĘ PRZESYŁAĆ NA:
konikpolnyet@poczta.onet.pl
ROZSTRZYGNIĘCIE KONKURSU NASTĄPI 8 MARCA, WTEDY TEŻ NA STRONIE STEFKI POJAWI SIĘ MAGICZNY KWIATEK, KTÓRY DWIE EWY OFIAROWUJĄ WSZYSTKIM MIŁOŚNICZKOM KONI ŚWIATA . Dotychczas 8 marca kojarzony był z "kwiatkiem dla Ewy", ale tym razem będzie to "kwiatek od Ewy x 2" :))))))
W KONKURSIE NAGRODAMI SĄ OCZYWIŚCIE NASZE KSIĄŻKI :))))))))))))))))))))))))))))) ))))))))))))))))))))))))))))
Zapraszamy serdecznie do udziału !
A to właśnie Ewa Bagłaj :), fot. Piotr Dzięciołowski
O Ewie można przeczytać wwikipedii :
http://pl.wikipedia.org/wiki/Ewa_Bag%C5%82aj
Promocja się udała, Ewa sprzedała wtedy wszystkie, zabrane ze sobą książki.
Niedawno dogadałyśmy się z Ewą w sprawie współpracy promocyjnej związanej z naszymi książkami i na fb stronie Stefki ogłosiłyśmy konkurs, oto jego treść:
Postanowiłyśmy z Ewą ogłosić konkurs, a to dlatego, że 8 marca za pasem i okazja jest co by KOBIETY choć trochę wynagrodzić :))))
Podaję więc pytanka konkursowe
1. Jak ma na imię koniara - bohaterka książek Ewy Bagłaj
2. Jaki tytuł nosi pierwsza książka Ewy Bagłaj o przygodach miłośniczki koni
3. Jak się nazywa stajnia, w której jeździ konno Stefcia z książeczek Ewy Szadyn
4. Jak ma na imię koń Stefci
ODPOWIEDZI PROSZĘ PRZESYŁAĆ NA:
konikpolnyet@poczta.onet.pl
ROZSTRZYGNIĘCIE KONKURSU NASTĄPI 8 MARCA, WTEDY TEŻ NA STRONIE STEFKI POJAWI SIĘ MAGICZNY KWIATEK, KTÓRY DWIE EWY OFIAROWUJĄ WSZYSTKIM MIŁOŚNICZKOM KONI ŚWIATA . Dotychczas 8 marca kojarzony był z "kwiatkiem dla Ewy", ale tym razem będzie to "kwiatek od Ewy x 2" :))))))
W KONKURSIE NAGRODAMI SĄ OCZYWIŚCIE NASZE KSIĄŻKI :)))))))))))))))))))))))))))))
Zapraszamy serdecznie do udziału !
A to właśnie Ewa Bagłaj :), fot. Piotr Dzięciołowski
O Ewie można przeczytać wwikipedii :
http://pl.wikipedia.org/wiki/Ewa_Bag%C5%82aj
piątek, 28 lutego 2014
Ferie mają się ku końcowi :(
Dziewczynki pojechały już do domu. Akcja "zimowy obóz w Koniku Polnym" zakończona. Wszystko wraca na stare tory. Duży padok przy stawie obsycha, ale o jeżdżeniu po nim konno nie ma jeszcze mowy.
Nad stawem oprócz bobrów zamieszkały również wydry, a więc oprócz totalnego niszczenia drzewostanu następne szkody w postaci pożerania ryb następują. Wydra jest na tyle bezczelna, że ubija największe ryby i nie zjada ich do końca. Mój mąż przyniósł dzisiaj do domu kolejne zwłoki dużego, pięknego karpia...Myślałam, że się rozpłaczę :( Złota rybka jest więc w niebezpieczeństwie. I co tu zrobić w takiej sytuacji...
Ostatnia obozowa jazda w teren
Pośka jak zwykle pierwsza przy "korycie" :p
Nad stawem oprócz bobrów zamieszkały również wydry, a więc oprócz totalnego niszczenia drzewostanu następne szkody w postaci pożerania ryb następują. Wydra jest na tyle bezczelna, że ubija największe ryby i nie zjada ich do końca. Mój mąż przyniósł dzisiaj do domu kolejne zwłoki dużego, pięknego karpia...Myślałam, że się rozpłaczę :( Złota rybka jest więc w niebezpieczeństwie. I co tu zrobić w takiej sytuacji...
Ostatnia obozowa jazda w teren
Pośka jak zwykle pierwsza przy "korycie" :p
czwartek, 27 lutego 2014
Sąsiadka Alinka "parowce" wyczarowuje :)
Już 13 lat minęło od czasu kiedy nasza sąsiadka Alinka pierwszy raz pokazała mi sztukę wytwarzania "parowców". Było to jeszcze w czasach, kiedy w pokoju mojego męża stara kaflowa kuchnia była i na niej gotowanie się odbywało. Parowce zrobiłyśmy wtedy jeden jedyny raz, a zarzekałam się, że wejdą na stałe do naszego jadłospisu.
Podejść do następnych "parowców" było wiele, ale skuteczne i owocne parowanie odbyło się dopiero parę dni temu...od zamysłu do czynu 13 lat minęło , kto by pomyślał, nie do wiary !
Parowce pod nazwą "kluski na parze"znałam jeszcze z czasów studenckich i poznańskie pochodzenie im przypisywałam, jako, że w poznańskim po raz pierwszy jako regionalną potrawę w PGR-rowskiej jadłodalni z nimi się zapoznałam.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy to później dowiedziałam się, że również Podlasie "parowce" sobie jako danie regionalne przypisuje.
Super to potrawa :) Parowce można nadziewać na słodko lub innym np mięsnym farszem, mogą również być puste i podawane z najrozmaitszymi sosami. Pychotka !
Ciasto rozczynia się na drożdżach, z niewielkim dodatkiem jajek i mleka, pozostawia się do wyrośnięcia i formuje się niewielkie bułeczki. Na garnek z wrzącą wodą rozciąga się gazę, lub kawałek firanki i tam układa się bułeczki, które muszą parować się pod przykryciem ok 20 min.
Smacznego
Podejść do następnych "parowców" było wiele, ale skuteczne i owocne parowanie odbyło się dopiero parę dni temu...od zamysłu do czynu 13 lat minęło , kto by pomyślał, nie do wiary !
Parowce pod nazwą "kluski na parze"znałam jeszcze z czasów studenckich i poznańskie pochodzenie im przypisywałam, jako, że w poznańskim po raz pierwszy jako regionalną potrawę w PGR-rowskiej jadłodalni z nimi się zapoznałam.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy to później dowiedziałam się, że również Podlasie "parowce" sobie jako danie regionalne przypisuje.
Super to potrawa :) Parowce można nadziewać na słodko lub innym np mięsnym farszem, mogą również być puste i podawane z najrozmaitszymi sosami. Pychotka !
Ciasto rozczynia się na drożdżach, z niewielkim dodatkiem jajek i mleka, pozostawia się do wyrośnięcia i formuje się niewielkie bułeczki. Na garnek z wrzącą wodą rozciąga się gazę, lub kawałek firanki i tam układa się bułeczki, które muszą parować się pod przykryciem ok 20 min.
Smacznego
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















